Pamir – kraina pięknych gór i dobrych ludzi
opublikowane 30 gru 2011
Autor: Piotr Kwitowski
Podstawowe założenia były takie: ma być dziko, ze znikomą liczbą turystów, wysoko i z widokami. W cenie była także stabilna bezdeszczowa pogoda oraz możliwość integracji z miejscową ludnością. Na szczęście miejsc spełniających powyższe kryteria jest sporo, zwłaszcza w ulubionej przez nas Azji Centralnej. W zeszłym roku nasz wybór padł na pasmo Ruszańskie, leżące w tadżyckiej części Pamiru.

Fot.1. Tadżykistan i pasmo Ruszańskie.
Dotrzeć do Tadżykistanu można pociągiem. Przesiadka w Brześciu i w Moskwie, cztery dni jazdy i bylibyśmy na miejscu. Niestety studia już pokończyliśmy i ogranicza nas wymiar urlopu przewidziany prawem pracy (marnych 26 dni po dwóch latach pracy i na więcej się nie zanosi). Nie ma nawet co rozważać innej opcji. Lecimy. Za przelot liniami Turkish Airlines z Warszawy do Duszanbe (z przesiadką w Stambule) i z powrotem każdy z nas musiał zapłacić 1600 zł. Jest to relatywnie niewysoka cena, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę, że podróż pociągiem w dwie strony (wraz z tranzytowymi wizami) wyniosłaby co najmniej 1000 zł.
Wczesnym rankiem lądujemy w Duszanbe, stolicy Tadżykistanu. Nabywamy kartusze z gazem, wymieniamy dolary na somoni, dogadujemy cenę z kierowcą i ruszamy do Chorogu – „stolicy” Górskobadachszańskiego Okręgu Autonomicznego (GBAO), stanowiącego wschodnią połowę kraju. Obszar GBAO pokrywa najwyższa część Pamiru ze szczytem Ismaila Somoniego – 7495 m n.p.m. (wcześniej zwanym szczytem Komunizmu, a jeszcze wcześniej szczytem Stalina) oraz największym lodowcem Azji – lodowcem Fedczenki (ok. 900 km2). Klimat tadżyckiego Pamiru jest wybitnie kontynentalny: lata są upalne, a zimy bardzo mroźne. Latem, tereny położone niżej wysuszone są na wiór. Wszystko to sprawia, że jest to zakątek świata, w którym życie to ciągłe mierzenie się z siłami natury. Ale pewnie też dzięki temu, nieliczni mieszkańcy regionu GBAO (na wschodniej połowie powierzchni kraju żyje zaledwie 4% jego mieszkańców) autentycznie cieszą się z każdego spotkania, o czym mieliśmy okazję wielokrotnie się przekonać.

Fot.2. W drodze do GBAO – wszędzie suche krajobrazy.
Drogi w Tadżykistanie to osobny rozdział. Dystans około 500 km, jadąc główną trasą krajową, pokonujemy w blisko 20 godzin. Do takiego wyniku przyczynia się z jednej strony marny stan drogi (względnie jej brak), ale również znaczne różnice wysokości – przekraczamy przełęcz o wysokości ponad 3000 m n.p.m.

Fot.3. Główna droga krajowa: Duszanbe – Chorog. Jak widać, użytkownicy dróg w Tadżykistanie bywają różni.
Do Chorogu dojeżdżamy wymęczeni, ale bez większych emocji. Bardziej zapadającą w pamięć częścią podróży jest natomiast odcinek od Chorogu do Bardary – wioski, z której mamy wyruszyć w góry.
Rzeka Bartang, wzdłuż której jedziemy, początkowo o dość wąskim korycie, z czasem rozlewa się zajmując całą szerokość doliny. Nasza droga niekiedy urywa się i wpada do rzeki wynurzając się z niej po kilkunastu metrach. Raz jesteśmy już przekonani, że nie mamy innego wyjścia, jak wyjąć plecaki i resztę planowanej do przebycia autem trasy zrobić „z buta”. Nasz kierowca Hugo jednak z niejednego pieca chleb jadł, a doświadczenie zdobywał na bezdrożach Afganistanu, Kaukazu, Uralu itp. W newralgicznych momentach prosi swojego pomocnika o sprawdzenie głębokości wody i jak tylko okazuje się, że poziom wody nie sięga wyżej pasa, odpala silnik i rusza w rzekę bez mrugnięcia okiem.

Fot.4. Pomiar poziomu wody w dolinie rzeki Bartang.

Fot.5. Przeprawa rzeką Bartang.
Taką właśnie drogą, o zmiennej przebieżności, docieramy w końcu do Bardary. Zabrzmi to nieskromnie, ale jest to chyba spore wydarzenie dla mieszkańców tej wsi. Zwłaszcza, że wielu z nich może odnaleźć się na posiadanych przez nas zdjęciach, które zrobił nasz kolega goszczący dokładnie w tych stronach dwa lata przed nami. Po przekazaniu fotografii, mieszkańcy Bardary z ponadstandardowym zapałem pozują do najróżniejszych zdjęć (portretowych, rodzinnych i ogólnowioskowych).

Fot.6. Bardara – wioska na końcu świata – i jej sympatyczni mieszkańcy.

Fot.7. Nasz przyjazd do wioski Bardara został bardzo entuzjastycznie odebrany przez jej mieszkańców.
W Bardarze uświadamiamy też sobie w jak skromnych i ciężkich warunkach żyją Pamirscy górale. Odwiedzamy ich ulepione z gliny i kamieni chatki, w których nie ma praktycznie nic, oprócz naczyń oraz kolorowych dywanów i materacy. Każdy z nich uprawia wydarte górom małe poletka, na których nie urośnie nic więcej niż żyto, ziemniaki i marchew. Na wysokości 3000 m n.p.m. ludzie ci spędzają także całą zimę, która w tych rejonach jest długa i śnieżna. To w końcu w jednej z pamirskich wiosek zanotowano swego czasu rekord ujemnej temperatury w Azji Centralnej: – 63oC.

Fot.8. Warunki życia nie są tu łatwe, lecz mimo to pamirscy górale są szczęśliwi. Okazali nam wielką serdeczność, otwartość i gościnność.
Po czterech dniach od wylotu z Warszawy, zakładamy w końcu nasze plecaki i zaczynamy dość łagodne, ale żmudne podejście. Nad nami wiszą ołowiane chmury z których nieustannie pada deszcz. Kilka stopni powyżej zera. Połowę grupy męczą nudności spowodowane drobnymi podtruciami. Dla urozmaicenia co jakiś czas zdejmujemy buty, żeby przejść przez dopływy rzeki, której doliną podchodzimy. Poza tym, chyba daje znać o sobie wysokość – wędrówkę rozpoczęliśmy powyżej 3000 m n.p.m. Tak, pierwszy dzień ewidentnie dał nam w kość.

Fot.9. Przeprawy przez lodowcowe rzeki – codzienność trekingu.
Kolejne dni to szybka poprawa pogody i mozolne zdobywanie wysokości. Dolina, którą podchodzimy bardzo powoli wznosi się do góry. Jest przy tym niezwykle rozległa, co sprawia, że każde kolejne 100 m przewyższenia odbieramy jako duży sukces.
Czwartego dnia następuje całkowita zmiana krajobrazu. Kończy się pokryta rumoszem skalnym dolina. Docieramy do lodowca, który wyprowadza nas na obszerne siodło przełęczy Achba (ok. 4900 m n.p.m.). Mamy szczęście, że dzień wcześniej do sąsiedniej doliny przechodził pasterz, gdyż wytyczył nam ścieżkę pomiędzy zaułkami lodowca. Idziemy po jego śladzie. Z granatowego nieba leje się żar, a my krok za krokiem drepczemy w śnieżnej breji. W głowach pulsuje znaczna już wysokość. Jest pięknie, ale wiem, że wieczorem będziemy wykończeni.

Fot.10. W zaułkach lodowca pod przełęczą Achba. Podejście w oślepiającym i parzącym słońcu mocno nas wymęczyło.

Fot.11. Trawers zbocza po ścieżce wytorowanej przez pasterza.
Rozbijamy się nad jeziorem Zaroszkul otoczonym przez pięcio- i sześciotysięczne olbrzymy. Żal byłoby takie miejsce opuszczać następnego ranka, dlatego postanawiamy, że kolejny dzień to będzie „rest day” – myjemy się, pierzemy albo po prostu oddajemy się nicnierobieniu. Każdemu się przyda, a zwłaszcza Piotrkowi, który nie może złapać swojego rytmu – od początku wędrówki idzie na końcu, prawie nic nie je, jest bardzo osłabiony. W miarę możliwości odciążyliśmy mu plecak, ale to dużo nie pomogło. Nad jezioro doszedł ostatkiem sił. Wszyscy mamy nadzieję, że dzień odpoczynku postawi Piotrka na nogi.

Fot.12. Wysokogórskie jezioro Zaroszkul o długości bagatela … 5 km.
Niestety nad ranem z Piotrkiem jest coraz gorzej. Pojawia się gorączka i suchy kaszel. Tętno ma podwyższone. Nie możemy się już dłużej łudzić – to nie brak formy, ani zatrucie. Choroba wysokościowa w klasycznej wydaniu. Jesteśmy źli na siebie, że doszliśmy do tego na wysokości prawie 5000 m n.p.m., acz w sumie wcześniej objawy nie były ewidentne. Następnego dnia rano Piotrkowi zaczęło bulgotać w płucach… Rozpakowujemy mu całkowicie plecak i możliwie szybko schodzimy kolejną doliną. Jak na złość ścieżka jest bardzo słabo widoczna, często gubi się w labiryncie skał. Trudno wytracić wysokość. Cały boży dzień schodzenia, a udało nam się zbić jedynie 600 m. Na szczęście to wystarczyło. Wieczorem jest o niebo lepiej, a następnego dnia Piotrek jest jak nowonarodzony. Podchodzić w górę już jednak nie zamierza. Nikt się nie dziwi.
Po długich naradach, około południa rozdzielamy się. Piotrek schodzi do osady oddalonej o dwa dni drogi, a my wracamy w góry. Spotkamy się za 10 dni w Chorogu.
Przed nami kolejna przełęcz. Jesteśmy zaaklimatyzowani, plecaki mamy odczuwalnie lżejsze, a pogoda jak drut. Przed nami najlepsza część trekingu. Niemalże na przełęczy położone jest nieduże jezioro, częściowo skute lodem i otoczone przez ośnieżone szczyty. Wokół tylko skała, lód i śnieg. Zgodnie stwierdzamy, że to grenlandzkie klimaty (choć w sumie nikt z nas w tamtych rejonach świata jeszcze nie był, ale tak je sobie wyobrażamy).

Fot.13. Przełęcz Giprotrans – krajobrazy prawie jak na Grenlandii.

Fot.14. Krajobrazy pasma Ruszańskiego są dość surowe. Nie ma tu drzew, doliny porasta roślinność trawiasta, w tym nieliczne kwiaty oraz… szczypiorek (z którego korzystaliśmy w ramach obiadów!).
Kolejnego dnia schodzimy do drugiego na naszym szlaku, olbrzymiego górskiego jeziora, tym razem jest to jezioro Czapdar. Będąc jeszcze kilka kilometrów od jeziora dostrzegamy olbrzymi czarny kamień. Różne skały w tych górach widzieliśmy, ale takiej dziwacznej to jeszcze nie mieliśmy okazji. Zagadka rozwiązała się jak byliśmy w odległości kilkudziesięciu metrów od „skały”, która okazała się być ogromnym… jakiem. Stoi taki gigant, nie rusza się, tylko wodzi za nami łbem. Trudno wyczuć, czy nie przypuści szarży. Obchodzimy go szerokim łukiem, wychodzimy za załom i widzimy spore stado jaków z małymi, bez ani jednego pasterza na horyzoncie. Nie za bardzo mamy możliwość obejść całe stado. Z duszą na ramieniu przechodzimy przez środek stada. Jaki z ociąganiem odchodzą kilka kroków na boki. Są naprawdę imponujących rozmiarów. Spotkani później pasterze śmiali się mówiąc, że jaki boją się ludzi i na pewno nie zrobiłyby nam krzywdy. Może i tak jest, ale my przecież mogliśmy trafić na wyjątkowe stado.

Fot.15. Jaki pasą się na ok. 3500 m n.p.m. Są źródłem cennego mięsa, skór i mleka. Ich łajno służy pasterzom także jako opał.
Rankiem koło naszego obozowisku przechodzi inne stado jaków. Tuż koło naszych namiotów samce postanawiają wybrać spośród siebie samca alfa. Jest widowisko! Pokurzyły, zryły trochę trawy i poszły dalej.

Fot.16. Potyczka w pobliżu naszych namiotów. Na szczęście obyło się bez nieszczęść.
Tymczasem my udajemy się na lekko na pobliski bezimienny wierzchołek przypominający nieco hałdę. Uroda samej góry jest na pewno dyskusyjna, ale widoki z niej z pewnością były warte kilkusetmetrowego podejścia.

Fot.17. Widoki z bezimiennego szczytu.
Powoli zaczynamy kończyć treking. Powoli, bo zanim dojdziemy do jakieś wsi, do której przynajmniej teoretycznie może dojechać jakiś samochód minie jeszcze 5 dni. Tam naprawdę są niewyobrażalne przestrzenie.
Po drodze spotykamy tzw. letiowki – małe, kamienne chatki, w których latem mieszkają pasterze zajmujących się wypasem i produkcją sera. Z mężczyznami zazwyczaj można swobodnie porozumieć się w języku rosyjskim. Niektórzy z nich zresztą wiele miesięcy spędzili na terenie Polski (z reguły w Legnicy) – służąc w wojsku radzieckim. Widoczny na poniższym zdjęciu Mir okazał się nauczycielem matematyki, który latem, żeby dorobić do pensji, zajmuje się wypasem.

Fot.18. Mir – nauczyciel matematyki w jednej z górskich osad, latem można go ujrzeć w roli pasterza.
Im bliżej cywilizacji, tym więcej letiowek. Żadnej z nich nie godzi się minąć bez wstąpienia, chociaż na chwilę. W każdej z nich jesteśmy częstowani tym samym: herbatą, lepioszką i masłem. W każdej z nich zestaw pytań jest całkiem podobny: skąd jesteśmy? czy mamy żonę/męża? czy mamy dzieci? A z naszej strony: co robicie zimą? czy jaki są niebezpieczne? czy przed rozpadem Sojuza żyło wam się lepiej? I jeszcze jedna herbatka, i kolejna. Nie jest łatwo dotrzeć do cywilizacji.
W sumie po 16 dniach trekingu udaje nam się zejść na dobre z gór. Muszę przyznać, że dłużej bym nie chciał. Z jednej przyczyny: byłem nieustannie głodny. Schudłem blisko 10 kg. Zjadałem obiad, ale ani przez chwilę nie miałem poczucia sytości. Ktoś to podsumował określeniem: ujemny bilans energetyczny. A może to był po prostu brak witamin?

Fot.19. Od momentu kiedy postanowiliśmy powrócić do cywilizacji, schodziliśmy bite pięć dni.
W Chorogu, w hostelu Pamir Lodge spotykamy się z Piotrkiem. Chłopak się nie nudził, bo w hostelu byli ludzie z całego świata: Japończycy, Chińczycy, Niemcy, Francuzi i oczywiście Polacy. Pamir był dla większości z nich jedynie przystankiem w dłuższej podróży – np. pięcioletniej wycieczki wokół świata, sześciomiesięcznej ekspedycji po bezdrożach Jedwabnego Szlaku… Poczuliśmy się trochę nieswojo, gdyż my spędziliśmy w Tadżykistanie niecałe cztery tygodnie.
Wracamy. Po 20 godzinach spędzonych w samochodzie jesteśmy w Duszanbe. Niestety, miasto nie ma wiele do zaoferowania jeśli chodzi o zabytki, Duszanbe jest miastem stosunkowo młodym i brak jest tu części historycznej. „Podziwiamy” więc post-sowiecką architekturę, monumentalne budynki i pomniki oraz odwiedzamy najbardziej okazały obiekt w mieście, czyli meczet Hadżi Jakuba. Jak również… uzupełniamy zrzucone kilogramy w najlepszych knajpach w mieście. To była bardzo miła, ale niestety ostatnia część wyjazdu.

Fot.20. Meczet Hadżi Jakuba w Duszanbe. Nazwa miasta znaczy zaś „Poniedziałek” – od targów, które odbywały się tu w przeszłości w ten właśnie dzień tygodnia.

patrycja napisał na 04/01/2012
Kapitalne zdjęcia, fajna wyprawa
Paweł napisał na 10/01/2012
O to w tym wszystkim chodzi ,o dzikość i jak najmniej turystów,super wyprawa,pozdrawiam
ola napisał na 12/01/2012
czy jest jakieś oznakowanie szklaków w tym regionie?
fajna sprawa, pozdrawiam!
Piotr napisał na 12/01/2012
Hej! Cieszę się, że relacja Wam się spodobała
I zaryzykuję twierdzenie, że w całym Tadżykistanie takich nie ma. Jednak orientacja w terenie nie sprawiała nam najmniejszego problemu. Doliny są tam rozległe, drzew nie ma i wszystko widać jak na dłoni. Oczywiście przyzwoita mapa jest niezbędna. Kompas też zabraliśmy, ale przydawał się sporadycznie. Kluczową sprawą przed ruszeniem na treking w góry pozbawione tzw. infrastruktury turystycznej jest – jak sądzę – uzyskanie wiedzy o trudnościach na jakie możemy się natknąć ładując się na zaplanowane przełęcze, która pozwoli na ocenę czy konieczne będzie użycie sprzętu wspinaczkowego. Tu z pomocą przychodzą w szczególności strony rosyjskich klubów turystycznych na których można znaleźć dokładne opisy i wycenę praktycznie wszystkich „chodzonych” przełęczy byłego Sojuza.
Odpowiadając na pytanie: oznakowanych szlaków w Pamirze na szczęście nie znaleźliśmy
Jakbyś się wybierała w tamte rejony, to pisz śmiało (piotr.kwitowski na gmailu). Z chęcią podzielę się pamirskim know-how
Przy okazji zapraszam wszystkich, których zaintrygował ten rejon na pokaz zdjęć z naszego wyjazdu do kina Wisła w najbliższą niedzielę (15 stycznia) na godz. 12.15 (www.kino.waw.pl).
Pozdrawiam,
Piotrek