Lapoński labirynt
opublikowane 19 gru 2011
Poranek przywitał nas wspaniałym słońcem i niemałym mrozem. Natychmiast po przebudzeniu szybko ubraliśmy się i pobiegliśmy zobaczyć jezioro, o którym marzyliśmy od lat.
Zaledwie kilkadziesiąt metrów od chaty znajdował się jego brzeg. Widok był oszałamiający. Potężne, skute lodem jezioro, wydawało się nie mieć kresu. Biel ciągnąca się po horyzont, a z niej wyłaniające się skaliste wyspy. I wyspa, o której tyle czytaliśmy, Ukko. Święta wyspa Saamów. Jej charakterystyczna sylwetka, choć oddalona o 13 km, była nie do pomylenia!
Dotarliśmy w to miejsce po 3 dniach podróży, w trakcie której przejechaliśmy samochodem z przyczepą i siedemnastką psów husky dwa i pół tysiąca kilometrów.
Byliśmy mocno zmęczeni, ale również ogromnie szczęśliwi, że po tylu przygotowaniach stanęliśmy wreszcie nad brzegiem największego jeziora Laponii, Inarijarvi, z zamiarem objechania go dookoła psimi zaprzęgami.

Fot.1 jezioro z bazy
Zanim znaleźliśmy się w tym miejscu, musieliśmy przejechać dużą część Polski, Litwy, Łotwy i Estonii. Przez te trzy ostatnie kraje podróżuje się drogą zwaną Via Baltica, ciągnącą się wzdłuż wybrzeża Morza Bałtyckiego. Dobra nawierzchnia i mały ruch sprawiają, że jazda nią jest przyjemnością, czego niestety nie można powiedzieć o odcinku drogi wiodącym przez nasz kraj.

Fot.2 Via Baltica
Do Tallina dotarliśmy na pół godziny przed ostatnim promem odpływającym do Helsinek. Niestety nie było już na nim miejsca na nasz zestaw.
Noc spędzona w samochodzie na dwudziestostopniowym mrozie nie była nawet taka zła, choć awaria webasto wymuszała co jakiś czas odpalenie silnika.
Rano po zakupach w markecie obok portu, ceny niższe od polskich, znaleźliśmy się wreszcie na promie. Mimo zalegającej w Zatoce Fińskiej kry prom płynął szybko i po około dwóch godzinach znaleźliśmy się w Helsinkach.

Fot.3 z promu
Nie dane nam jednak było choćby zatrzymać się na chwilę w tym ciekawym miejscu. Psy siedziały zamknięte w przyczepie już dość długo i musieliśmy jak najszybciej znaleźć się w miejscu, gdzie moglibyśmy je wypuścić.
W Finlandii nie ma z tym na szczęście problemu. Przy drogach jest sporo dogodnych parkingów, do tego bardzo często zupełnie pustych.
Na jednym z nich psy mogły wreszcie rozprostować kości, załatwić potrzeby fizjologiczne i zjeść posiłek. Dodam w tym miejscu, że zawsze dbamy o to, aby miejsce postoju psów pozostało po naszym odjeździe w identycznym stanie jak przedtem. Sprzątanie po psach to standard.

Fot.4 parking obok Lahti
Było dobrze po 19 kiedy ruszyliśmy dalej. Trasa wiodła prosto na północ drogą zwaną Autostradą Arktyczną. Faktycznie autostradą było jakieś 150 km od Helsinek, potem zamieniła się w zwykłą jednopasmową, dwukierunkową szosę. Jej nawierzchnia to chyba marzenie każdego polskiego kierowcy! Równy asfalt, brak dziur. I brak samochodów! Im dalej na północ tym ruch mniejszy. Pierwszy raz chyba w życiu przejechałem ponad 700 km bez zmiany biegów! Żadnych świateł, bezkolizyjne skrzyżowania i stacje benzynowe ABC, będące połączeniem stacji, dużego marketu, barów, restauracji i przede wszystkim doskonałej bazy sanitarnej. W tamtejszej łazience można spokojnie się umyć od stóp do głów, za darmo.
Kiedy jedzie się samochodem trzy doby to ma to ogromne znaczenie!
Stacje te są rozłożone wzdłuż głównej drogi na północ mniej więcej co 60 km.
Wraz ze wschodem słońca wjechaliśmy do Laponii, która przywitała nas słoneczną pogodą i ponad trzydziestostopniowym mrozem. Po wyjściu z samochodu czuło się go wyraźnie. Tylko na psach nie robił on żadnego wrażenia.
Zaliczyliśmy śniadanie i kawę na stacji benzynowej i ruszyliśmy dalej, podnieceni całą tą sytuacją. Tyle naszych marzeń spełniało się w tamtych chwilach! Wreszcie byliśmy w Laponii, oddychaliśmy jej mroźnym powietrzem, wszystko było takie nowe i wspaniałe. Gnaliśmy do przodu, przed nami Rovaniemi i wioska Św. Mikołaja.
Kacper bardzo przeżywał nadchodzące spotkanie z nim. Dla dziewięciolatka było to nie lada przeżycie.
Wioska zaskoczyła nas na plus. Wcześniej naczytaliśmy się w necie jaka tam panuje komercja, jaka drożyzna. No i owszem pieniędzy można tam zostawić od groma, ale pod warunkiem, że tak zdecydujemy.
Po pierwsze darmowy parking, do tego niemal pusty. Jak możemy znaleźć spokojne miejsce na samochód i przyczepę z psiakami to już super.

Fot.5 samochód z przyczepą w wiosce
Po drugie weszliśmy do chaty Mikołaja za darmo! Nie sprzedają biletów.
Pogadaliśmy z nim, a zapłaciliśmy jedynie za zdjęcie. 25 euro. Jak za taką pamiątkę to niewiele. Można było nie brać zdjęcia, a wtedy cała atrakcja gratis.
Poza tym wioska jest bardzo sympatycznym miejscem, w którym świąteczny nastrój panuje cały rok. W marcu był mróz, śnieg i klimatyczna muzyczka. Można dokładnie stanąć na równoleżniku 66°33’39″N, czyli Kole Polarnym, które przechodzi przez środek wioski.
Kapitalna atrakcja dla dzieciaków. Nasz syn w każdym razie był wniebowzięty.

Fot.6 z Mikołajem

fot.7 wioska
Z wioski Św. Mikołaja ruszyliśmy już prosto do Inari.
Cały czas poruszaliśmy się praktycznie w lesie. Często mijając większe lub mniejsze jeziora. Dookoła tajga, głównie sosny, jodły i wszędobylska brzoza. W okolicach znanego kurortu narciarskiego Saariselka droga pięła się łagodnie w górę. Tam zobaczyliśmy tundrę. Otwarte, ogromne przestrzenie, porośnięte jedynie krzakami. Skarlałe brzozy oczywiście i sosny, podobne do naszej kosówki.
Potem znów znaleźliśmy się niżej i wróciła tajga.
Do Inari dotarliśmy ok 23, wykończeni podróżą. 2500 km zrobiło swoje. Musieliśmy robić na trasie dużo postojów ze względu na psy, a wyprowadzanie ich zajmuje sporo czasu.
Kacper spał w samochodzie, Daria poszła rozmawiać z właścicielami chaty, którą wynajęliśmy za 60 euro dziennie, a ja zająłem się psami. Nagle Kacpi pojawił się obok mnie i zaspanym głosem powiedział
-Tata, patrz!
Palcem wskazywał na niebo.
Spojrzałem w tamtym kierunku i oniemiałem.
Zorza! To była zorza polarna. Pierwszy raz w życiu widziałem na własne oczy to zjawisko.
Zielona poświata pulsowała na niebie, zmieniała kształty, powiększała się to znów robiła mniejsza, by za chwilę zniknąć zupełnie, a w następnej chwili rozbłysnąć na nowo.
Nieprawdopodobnie piękne zjawisko.
Daria wróciła z kluczami i staliśmy w trójkę zafascynowani zjawiskiem.
Sądziliśmy, że po takiej podróży będziemy spać następnego dnia jak zabici, ale nic z tego. Już przed siódmą rano byliśmy na nogach. Psy bezpiecznie uwiązane na stake out (to taki specjalny łańcuch, bądź stalowa linka, pozwalający trzymać psy na uwięzi poza przyczepą, używany w podróży), a my polecieliśmy na brzeg jeziora.
Wtedy poczułem, że jedno z największych naszych marzeń się spełnia. Ogromne skute lodem jezioro zdawało się być bezkresne.
Staliśmy tam urzeczeni pięknym widokiem i powoli docierało do nas na co się porwaliśmy. Trasa, którą zamierzaliśmy przebyć była bardzo długa i kompletnie dla nas nie znana. Co innego bowiem siedzieć nad mapą, a co innego stanąć twarzą w twarz z wyzwaniem. Niepokój to chyba najlepsze określenie tego co czuliśmy.
Znaleźliśmy znakomite miejsce na bazę. Chatę wynajęliśmy w ośrodku Lomakyla nad samym brzegiem jeziora. Latem kursuje stąd statek, którym można zrobić sobie wycieczkę na świętą wyspę Samów Ukko. Jej charakterystyczną sylwetkę widać zresztą z przystani. To 13 km poprzez wody jeziora. W marcu drogę do niej skuwa lód pokryty śniegiem.

Fot.8 Ukko
Tego dnia musieliśmy doprowadzić się do porządku do podróży. Solidnie nakarmić psy, bo w czasie podróży mają problemy z apetytem. Właściwie nie wiadomo dlaczego tak się dzieje. Każdą jazdę w przyczepie znoszą doskonale, nie wiedzą co to choroba lokomocyjna. W zasadzie większość każdej podróży przesypiają. Kiedy opuszczają przyczepę na postojach to tryskają energią, a mimo to kiepsko jedzą. Może stres u nich objawia się właśnie w ten sposób? Ciągle się nad tym zastanawiamy.
W każdym razie solidne jedzenie i dużo płynów to podstawa, aby zwierzaki w dobrej formie przystąpiły do wyprawy. Na szczęście w Inari apetyt wrócił i zadowoleni przyglądaliśmy się zajadającym ochoczo psiakom.
Mieliśmy niestety ograniczony czas ma realizację wyprawy. Jedenastu psich emerytów zostało w domu pod opieką wujka Marka i ciotki Wioletty,którzy zorganizowali sobie specjalnie dla nas urlopy na dwa tygodnie. W tym okresie musieliśmy dotrzeć do Inari, objechać jezioro dookoła i wrócić do domu.
Dlatego drugiego dnia od przyjazdu zapięliśmy psy do sań i ruszyliśmy na rekonesans. Jego celem była święta wyspa Saamów Ukko.
Psy wyły i szczekały podniecone zbliżającym się biegiem. Ruszyły bardzo szybko do przodu spragnione galopu.
Zawsze pierwszy kilometr to istne szaleństwo. Psy gnają na złamanie karku jak opętane. Zazwyczaj staramy się je trochę w tym szale uspokoić, przyhamować. Wszak mają przed sobą wiele kilometrów biegu. Tak też czyniliśmy tamtego dnia.
W moich saniach siedział Kacper, który strasznie chciał pojechać z nami na wyprawie. Tłumaczyliśmy, że jest jeszcze za mały na taką eskapadę, że może być bardzo zimno, że będą problemy ze zjedzeniem ciepłego posiłku, że namiot, itd. Kacpi jednak nie przestawał namawiać.
Daria w swoim zaprzęgu wiozła natomiast Kamilę. Dziewczynę, która pojechała z nami jako opiekunka Kacpra. To ona miała zająć się nim kiedy my będziemy na jeziorze.
Nie było nam łatwo podjąć decyzję o zostawieniu Kacpra, jak dotąd zawsze wszędzie jeździliśmy razem i zawsze nam towarzyszył. Tym razem jednak nie było innego wyjścia.
Oba zaprzęgi poruszały się szybko do przodu po ujeżdżonym przez skutery śnieżne szlaku, więc szybko pokonaliśmy te 13 km dzielące nas z bazy do Ukko i stanęliśmy u jej skalistych brzegów.
Psy wciąż były bardzo podniecone i baliśmy się je zostawić, dlatego na szczyt wyspy wszedł jedynie Kacper z Kamilą. Podobno widoki z góry są fantastyczne. No cóż może następnym razem i nam będzie dane je podziwiać.

Fot.9 psy, Kacpi pod Ukko
Wróciliśmy do bazy i zaczęliśmy pakować się na następny dzień. Moment startu wyprawy nadchodził wielkimi krokami!
Po rekonesansie Kacperek zrozumiał dlaczego nie może pojechać z nami. Sam powiedział, że było mu bardzo zimno kiedy siedział nieruchomo w saniach i mamy sobie wyprawę zrobić bez niego. Fajnie, że nie musieliśmy tłumaczyć chłopakowi jak jest, tylko doszedł do tego własnym doświadczeniem.
Pakowanie to moja najbardziej nielubiana czynność z tych, które poprzedzają wyprawę. Doskonale wiem co chciałbym na niej mieć, ale również znam pojemność worka na saniach.
Długo przed wyjazdem przygotowaliśmy listę niezbędnych rzeczy, a i tak w tamten marcowy wieczór długo ślęczeliśmy nad nią i wciąż dyskutowaliśmy. Zabranie nadmiaru rzeczy obciąży niepotrzebnie psy, a to spowolni nasze tempo. Wolniejsze tempo na trasie to dłuższy czas przebywania na niej, a więc więcej żywności, paliwa do kuchenek itd. W efekcie mniejsze szanse na sukces.
Z kolei jeśli czegoś nam zbraknie to tym bardziej przekreślimy swoje szanse. Nie cierpię tych dyskusji!
Zostawiliśmy te dylematy w końcu do następnego dnia i poszliśmy spać, choć to dużo powiedziane. Przewracałem się z boku na bok zapadając jedynie w krótkie drzemki rozgrywając wyprawę w głowie.
Wstaliśmy krótko po świcie. Psy poszły na stake out, dostały ciepłą zupę, a my usiedliśmy do ostatniego śniadania przy stole w ciągu nadchodzących dni.
Po posiłku wróciliśmy do pakowania. Wg listy!
Zapakowaliśmy sanie….a następnie wywaliliśmy wszystko z powrotem. Z listy rzeczy niezbędnych musiało jednak trochę ubyć.
Do worków trafiło 70 kg mięsa i suchej karmy dla psów, namiot, śpiwory, maty, kuchenki dla nas i psów, zapasowy sprzęt, żywość i odzież. Na koniec, do wypchanych maksymalnie worków zamocowaliśmy po kostce słomy, którą układamy na śniegu pod psami, aby miały izolację od zimna. Każde z sań ważyły teraz ok 80 kg.

Fot.10 zapakowane sanie
Pakowanie i przygotowania zajęły nam dużo więcej czasu niż przewidywaliśmy. Dochodziła godzina 15, zbliżała się pora karmienia psów. Trzeba było zacząć się spieszyć. Podpinamy psy, ostatnie sprawdzenie lin, uprzęży. I rozpłakał się Kacper. Rzucił się nam na szyje i zaczął nas mocno przytulać. Wszyscy się poryczeliśmy. Na szczęście Kamila świetnie zajęła się Kacperkiem po naszym wyjeździe i chłopak nie przeżywał już tak bardzo, a my bez wyrzutów sumienia mogliśmy kontynuować nasze „dzieło”. Wreszcie ruszyliśmy. Naszym zamiarem było jechać tego dnia jak najdłużej. Chcieliśmy najpierw dotrzeć do wyspy Ukko, tam nakarmić psy i kontynuować jazdę jak najdłużej. Do wyspy dotarliśmy szybciej niż poprzedniego dnia. Zwierzaki dostały jeść i po krótkim odpoczynku ruszyliśmy dalej.

Fot.11 karmienie przy Ukko
Planowaliśmy rozkładać psom posiłki na wiele mniejszych w ciągu dnia i jeden duży na koniec, przed biwakiem. Taki system zaoszczędza sporo czasu, bo nie musimy odpoczywać po jedzeniu.
Za wyspą trafiliśmy na teren dla nas nieznany. Jezioro otwierało się fantastycznymi przestrzeniami. My natomiast poruszaliśmy się samym jego środkiem, w wielkiej odległości od brzegów.

Fot.12 zachód słońca za wyspą Ukko
Psy biegły niestrudzenie przed siebie, przybywało kilometrów na gps-ie, a dzień nieubłaganie miał się już ku końcowi. Na tych szerokościach geograficznych zmierzch zapada bardzo długo. Około dziewiętnastej następuje zachód słońca, jednak jeszcze długo jest widno. Mniej więcej do 20:30. Tak było w każdym razie na początku drugiej połowy marca.
Około 23 zatrzymaliśmy się na postój. Psom rozłożyliśmy słomę, a do ich kuchenki powędrował śnieg, jedyne źródło wody pitnej na wyprawie. Kiedy on się roztopił wrzuciłem do wody kawałki zamrożonego mielonego mięsa, a potem jeszcze wysokoenergetyczną karmę. Psy w trakcie takiego biegu tracą ogromne ilości energii, którą stale trzeba uzupełniać. Czynimy to przy pomocy bardzo tłustej karmy z kurczaka i ryb. Psy doskonale są przystosowane do tłustej diety, a poza tym bardzo łatwo zamieniają tłuszcz na energię.
Tej nocy w ciągu dwóch godzin temperatura spadła z -8 do -18! Nad ranem było jeszcze zimniej bo -28.
O świcie rozpoczęliśmy na nowo rytuał topienia śniegu, gotowania i karmienia psów. Mało mieliśmy czasu dla siebie. Jedynie jakieś musli z mlekiem w proszku i herbata. Zapomnieliśmy zabrać kawy!

Fot.13 pierwszy biwak
Po śniadaniu ruszyliśmy w dalszą drogę. Trasa, którą zamierzaliśmy objechać jezioro miała ok. 300 km długości, żeby wyrobić się w trzy dni, musieliśmy pokonywać dziennie 100 km.
Na trzy dni mieliśmy żywności i paliwa.
Nie było co zwlekać. Od godziny 15 poprzedniego dnia pokonaliśmy 60 km,więc do 15 musieliśmy przejechać 40. Prosty rachunek.
W południe dotarliśmy do prawego „rogu” jeziora i skręciliśmy na północ, wędrowaliśmy teraz wzdłuż prawego brzegu. Kluczyliśmy wśród labiryntu wysp, nigdy tak naprawdę nie wiedząc, czy poruszamy się wzdłuż brzegu jeziora, czy tylko jednej z jego wysp.
Inarijarvi ma potwornie zagmatwaną linię brzegową o długości ponad 3000 km. Do tego znajduje się na nim ok. 3300 wysp. Jedne z nich są duże, inne małe, a niektóre to po prostu sterczące z wody skały.
Kiedy wczesnym popołudniem minęła na gps-ie pierwsza magiczna setka kilometrów, zaczęliśmy mieć nadzieję, że może przejedziemy tę trasę szybciej niż planowaliśmy. Aby tak się stało musielibyśmy dojechać do północno-wschodniego rogu jeziora tego dnia, tam zabiwakować i rano jechać dalej. Wydawało się to możliwe.
Mieliśmy fantastyczną pogodę. Świeciło słońce na bezchmurnym niebie, wiał słaby wiaterek. Do tego było -10 stopni.

Fot.14 długa prosta
Wszystko wydawało się iść gładko. Po 15- tej zatrzymaliśmy się na zwyczajowy trzy godzinny postój. Znowu karmienie psów, przeglądanie ich łap, smarowanie maściami i jakaś chińska zupka dla nas.
O psie łapy trzeba dbać w sposób szczególny. W ogóle na takiej wyprawie psy są najważniejsze, wszak bez nich jej nie ukończymy. Łapy jednak to szczególnie narażona na problemy psia część ciała.
W czasie biegu do opuszków przyczepia się śnieg, czasem tworzą się pokaźne kule, ale małe kulki śniegu są już w stanie narobić sporo bałaganu. Otóż ocierając się o opuszki łap tworzą obtarcia, te z kolei jeśli w porę tego nie zauważymy zamieniają się w krwawe rany. Wtedy pies nie daje już rady biec.
Aby temu zaradzić są dwie możliwości. Albo co chwila zatrzymywać zaprzęg i oczyszczać łapy ze śniegu i lodu, co jest w praktyce absurdalne, albo założyć psom specjalne buty. Z butami też jednak nie jest tak prosto, bo zwyczajnie dość szybko zużywają się i trzeba je co jakiś czas wymieniać. Normalnie taki but uszyty z cordury powinien wytrzymać w zależności od warunków 20-30 km, ale w praktyce różnie z tym bywa. Dlatego najlepiej jest zatrzymywać się co kilka kilometrów i sprawdzać ich stan. Przy okazji zawsze można psom podać jakiś smakołyk.

Fot.15 psy w butach
Po odpoczynku ruszyliśmy w dalszą drogę. Trochę ten dzień dawał się już nam we znaki. Od rana poruszaliśmy się w kompletnie otwartym terenie. Jezioro było tutaj tak szerokie, że jego brzegi zaznaczały się jedynie czarnymi kreskami na horyzoncie po prawej i lewej naszej stronie. Cały dzień jechaliśmy prosto przed siebie, a droga zdawała się nie mieć końca. Czasem tylko wyłaniała się jedna z wysp i przez kilkanaście minut podróżowaliśmy wzdłuż jej brzegu, ale zaraz potem wody jeziora znów otwierały swą przestrzeń. Nieco psychodeliczna podróż dla naszych przywykłych do jednak zamkniętych leśnych przestrzeni umysłów.

Fot 16 otwarte jezioro
Pragnęliśmy znaleźć się gdzieś między drzewami, gdzie byłyby jakieś zakręty, zjazdy, podjazdy, żeby rozum miał się czym zająć. Psy biegły tymczasem niestrudzenie, niewzruszone brakiem bodźców. Bieg jest najukochańszą rzeczą w ich życiu i kiedy się w nim zatracą to są jak w transie. Wspaniale jest coś takiego na własne oczy zobaczyć!
Same regulują sobie tempo, wiedzą kiedy przyspieszyć, a kiedy zwolnić. Podążają za swoimi psimi liderami, którzy decydują o tym jak wygląda bieg. Na długim dystansie nie pogania się psów. Kiedy jest trudno, bo szlak zasypał świeży śnieg, albo wieje bardzo silny wiatr i miota śniegiem tak, że nie wiadomo którędy jechać, wtedy tylko spokojnym głosem mówimy do psów. Tak żeby wiedziały, że nie tracimy głowy, że wszystko idzie dobrze, że owszem jest bardzo ciężko, ale w normie i poradzimy sobie ze wszystkim. Starzy maszerzy zawsze mówili, że maszer może stracić wszystko oprócz głowy!
Ta zasada jest najważniejsza, zresztą dotyczy wielu różnych aspektów życia.
Dzień miał się ku końcowi, zapanował zmierzch, a my wciąż parliśmy naprzód. Minęliśmy pierwsze pęknięcie lodowej pokrywy, potem drugie. Musieliśmy przez nie przejechać i choć zdawaliśmy sobie sprawę, że w zasadzie nie ma niebezpieczeństw, bo jest to tylko oznaka pracy lodu, to jednak w tamtych miejscach nie czuliśmy się zbyt komfortowo.
Trzecie pęknięcie minęliśmy już w całkowitych ciemnościach. W tym momencie wszystko zależało od psów. Pragnęliśmy dojechać do końca jeziora i zmienić wreszcie kierunek na zbliżający nas do bazy, bo jak dotąd to stale się od niej oddalaliśmy. Z drugiej strony jednak owego końca wciąż widać nie było.
Obserwowałem psy. Wydawały się być w dobrej formie. Daria o swoich psach mówiła to samo. Przybywało kilometrów na liczniku. Nagle Klein, lider mojego zaprzęgu, jeden z niezniszczalnych alaskan husky, zatrzymał się i spojrzał na mnie. Stanęliśmy. Podszedłem do niego, pogłaskałem po łbie i zadałem zwyczajowe pytanie:
-Co jest chłopaku- zamachał ogonem.
To był znak, że psy potrzebują chwilę przerwy. Kiedy pokładły się na śniegu daliśmy im po kawałku mięsa i nieco glukozy. Obejrzeliśmy w świetle czołówek ich łapy, zrobiliśmy im delikatny masaż. Po czterdziestu minutach ruszyliśmy dalej. Spokojnym tempem posuwaliśmy się do przodu. Ale końca jeziora jak nie było, tak nie było.
Po mniej więcej godzinie Klein zatrzymał mój zaprzęg po raz drugi. To był sygnał do biwaku. Zbliżała się 23 i najwyższy czas na odpoczynek!
Daria zajęła się psami, a ja garami. Ten rodzaj podziału ról w małżeństwie stosowaliśmy podczas całej wyprawy.
Świt przywitał nas nieprawdopodobnie klimatycznym wschodem słońca!

Fot.17.wschód po biwaku
Tego ranka zrobiło się grubo poniżej – 30, więc postanowiliśmy najpierw pojechać parę kilometrów, a dopiero potem zabrać się za śniadanie. Dzięki temu już przed szóstą znaleźliśmy się ponownie na szlaku.
Po bardzo mroźnej nocy wstał zupełnie bajkowy świt. Wschód słońca na tamtych szerokościach geograficznych to spektakl trwający niemal dwie godziny. Przed piątą pojawiła się na wschodzie czerwona poświata. Wyglądało to jak łuna wielkiego pożaru rozlana na widnokręgu. Dobre półtorej godziny nic się w tym obrazku nie zmieniało, aż nagle, dosłownie w jednej chwili, słońce wystrzeliło nad horyzont i rozpoczął się dzień.
Wydawało nam się, że to będzie ostatni nasz dzień na jeziorze i następną noc spędzimy już w bazie, w łóżkach. Do końca zostało tylko 80 kilometrów, a wcześniej robiliśmy po 90 na dobę, więc jadąc non stop powinniśmy dać radę. Wszak możemy zrobić tylko jedną długą przerwę na trasie, w czasie której nakarmimy psy, a potem jechać już do oporu.
Po doświadczeniach pierwszego biwaku, kiedy to przygotowywaliśmy jedzenie i wodę dla psów i siebie o świcie, przy dużym mrozie, postanowiliśmy teraz najpierw ruszyć, jechać aż słońce zacznie mocniej grzać i dopiero wtedy zatrzymać się na postój.
Szybko zlikwidowaliśmy obóz i wystartowaliśmy do jak sądziliśmy ostatniego etapu wyprawy.
Popełniliśmy jednak fatalny w skutkach błąd. W pośpiechu nie założyliśmy psom butów. Resztę zrobił twardy, zmrożony śnieg.
Po pierwszym biwaku ruszyliśmy dość późno, kiedy śnieg był już bardziej miękki dzięki działaniu słońca. Powodowało to, że psy biegnąc po takim śniegu, radziły sobie bez butów. Musieliśmy tylko zwracać uwagę na śnieżne kulki tworzące się na łapach.
Na zmrożonym sytuacja była zupełnie inna. zamiast śnieżnych kulek tworzyły się lodowe grudki, które są niezwykle groźne dla psich łap.
Na takim podłożu powinniśmy od razu użyć butów, bezwzględnie!
Tak właśnie się stało tamtego dnia. Po około 5-6 kilometrach Daria zauważyła, że coś niedobrego dzieje się z jej psami. Natychmiast zatrzymała się i zaczęła sprawdzać łapy. Też stanąłem i poszedłem zobaczyć co się dzieje. Widok był fatalny. Wszędzie gdzie stawały psy zostawały krwawe ślady. Dopiero teraz zauważyłem, że w moim zaprzęgu nie jest lepiej.
To mógł być koniec jazdy tego dnia.
Najpierw dokładnie wyczyściliśmy wszystkie łapy z lodowych grudek. Niektóre tak mocno przywarły do sierści łap, że musieliśmy je wygryzać.
Wolne od lodu łapy przeglądaliśmy dokładnie, żeby ocenić rozmiar skaleczeń.
Na szczęście okazało się, że mamy do czynienia tylko z otarciami. Co prawda były one również bardzo groźne, ale nie tak jak otwarte rany, które równie dobrze mogły w takiej sytuacji powstać.
Mieliśmy dużo szczęścia, gdyby bowiem okazało się, że rany są groźniejsze, to musielibyśmy tam biwakować i po prostu czekać aż sytuacja się poprawi. Tutaj jednak pojawiał się problem żywności i paliwa, które mieliśmy wyliczone na trzy doby plus lekki zapas.
O ile z prowiantem nie było dramatu, bo byliśmy w stanie spokojnie jeden dzień obejść się bez niego zarówno my jak i psy, to z paliwem sytuacja wyglądała już o wiele gorzej.
Brak paliwa to brak wody, a bez niej koniec wyprawy przyszedłby błyskawicznie.
Działaliśmy w permanentnym niedostatku płynów, zapewniając organizmom jedynie niezbędne minimum. Gdybyśmy choć trochę zeszli poniżej jego poziomu, to wyprawa nie miałaby dużych szans na powodzenie.
Zdawaliśmy sobie w pełni sprawę z powagi sytuacji. Wszystkie psy dostały buty i ruszyliśmy w dalszą drogę. Teraz postoje były znacznie częstsze. Co kilka kilometrów sprawdzaliśmy łapy. Złapaliśmy taki rytm – trzy, może cztery kilometry jazdy i sprawdzanie. Czasem któryś pies zgubił but, to zakładaliśmy mu nowy. I znowu trzy – cztery kilometry.
Z czasem nasz nastrój się poprawił, psy biegły normalnie, a to oznaczało, że otarcia nie były tak poważne jak mogły być. Mimo to byliśmy wciąż bardzo ostrożni.
Kilometr po kilometrze przybywało nam drogi, zbliżaliśmy się do końca jeziora, do miejsca od którego pojedziemy już prosto do Inari, do bazy.
Jednak moment ten wciąż był przed nami. Czas mijał, a my wciąż brnęliśmy do przodu tęsknie wypatrując oznak końca zamarzniętego jeziora.
Kilka razy myśleliśmy, że to już, za chwilę, ale to okazywało się jedynie kolejnym zwężeniem, po którym znowu wody jeziora rozlewały się szeroko.
Niskie tempo jazdy spowodowane koniecznością ciągłego pilnowania łap, potęgowało tylko wrażenie ogromu pokonywanej trasy, a zwłaszcza tej jej części, która była dopiero przed nami.
Wreszcie po kilku godzinach jazdy brzegi zaczęły wyraźnie się ku sobie schodzić, a widnokrąg przed nami przysłoniły nam drzewa. Po raz pierwszy od dwóch dni mieliśmy przed sobą las!
Przyspieszyliśmy. Planowaliśmy w „narożniku” Inarijarvi spędzić kilka godzin na gotowaniu i odpoczynku. Z łapami nie było źle, więc mogliśmy ostatni kilometr, czy dwa pojechać normalnym tempem.
I wreszcie! Teraz już ewidentnie las otaczał nas z trzech stron, a na dodatek stanęliśmy tuż obok kierunkowskazu z napisem Inari 62km.
W normalnych warunkach i o takiej porze mielibyśmy pewność, że jeszcze tego samego dnia znajdziemy się w bazie, bowiem przejechanie 62km nie stanowiłoby żadnego problemu, ale nie było normalnych warunków, tylko trudna czekająca nas walka o ukończenie pętli.
W tym miejscu spędziliśmy niemal cztery godziny. Kuchenki dawały nam porządnie w kość, a my mimo tego postanowiliśmy się wreszcie napić. Trochę się nam to udało. Dużo wody „wlaliśmy” też w psy. Częściowo w jedzeniu, ale też sporo poprzez strzykawkę. Tak, tak, podawaliśmy psom wodę z glukozą prosto w psie „paszcze”, strzykawką właśnie. Bardzo im to zresztą smakowało. Zapobiegało to odwodnieniu psów i dawało im dużą dawkę energii.
Podczas tego postoju radykalnie zmieniła się pogoda. Kiedy zaczynaliśmy gotować święciło fantastycznie słońce, ale później zaczęło mocno wiać. Naprawdę mocno.
Później doszedł do tego śnieg. Całkiem sporo świeżego śniegu.

Fot. 18 w narożniku jeziora
Ostatnie chwile tego postoju były już dość nerwowe. Wiało coraz silniej, co w połączeniu z mocno padającym śniegiem spowodowało, że wyraźny dotąd szlak zniknął całkowicie.
Od teraz czekało nas mozolne torowanie w nawianym śniegu. Północ postanowiła zatrzymać nas u siebie na dłużej, a w każdym razie robiła wszystko aby tak właśnie się stało.
Dotąd mieliśmy przeciwko sobie tylko silny mróz i choć wiało też mocno wcześniej, to jednak dopiero teraz zobaczyliśmy na co stać naturę.
Po szlaku nie pozostał żaden ślad poza czerwonymi tyczkami dla skuterów, ale dla psów to było stanowczo za mało. Wciąż schodziły gdzieś na boki tracąc orientację na śnieżnej pustyni. Co jakiś czas trzeba było zatrzymywać zaprzęg, wbijać kotwicę i iść naprowadzać psy na właściwy kierunek.
Wiatr szalał coraz bardziej zwłaszcza, że znowu znaleźliśmy się na otwartej przestrzeni, gdzie mógł się rozpędzić. Wraz z nim przyszedł niż i znaczne ocieplenie. O świcie ruszaliśmy przy ponad trzydziestu stopniach mrozu, teraz zaś temperatura oscylowała w granicach zera, a padający śnieg od czasu do czasu zamieniał się w deszcz.
Przy takim wietrze nie byliśmy w stanie prosto jechać saniami, gdyż były one spychane w bok. To były godziny prawdziwej walki!
Wreszcie późnym popołudniem dotarliśmy do wsi Partakko, dojazd do której był fantastyczną odmianą po bieli jeziora. Otóż ostatnie dwa kilometry przed wsią pokonaliśmy lądem, jadąc krętymi leśnymi drogami. Jaka to była przyjemność! Wreszcie zakręty, zjazdy, podjazdy. Psy pobudzone zapachami kręcących się gdzieś reniferów gnały znowu jak opętane. Bardzo ten odcinek podniósł nasze morale. Zwłaszcza, że od momentu kiedy zaczęliśmy dokładnie pilnować psich butów, problemy z ich łapami zniknęły.
Także wichura w tej części trasy nie dawała się tak we znaki jak jeszcze chwilę temu. W tym rejonie jezioro przypominało bardziej krętą rzekę, więc mogliśmy skutecznie chować się przed wiatrem.
Postój zorganizowaliśmy niemal wśród domów położonych na obu brzegach jeziora w oddaleniu od nich o jakieś trzysta metrów. Po raz pierwszy na tej wyprawie obszczekały nas wiejskie psy.
Znowu topienie śniegu na wodę, karmienie psów, i znowu strzykawki z glukozą. Wszystkie psy miały doskonały apetyt i chętnie jadły. Niestety skończyło się w tym miejscu mięso. Nie to było jednak najgorsze.
Otóż Odyn, lider zaprzęgu Darii, doszedł do tego miejsca na ostatnich nogach. Widać było, że jest bardzo zmęczony. Zjadł jednak chętnie swoją porcję mocno namoczonego mięsa i wypił dużo wody z glukozą. Niestety potem przyszła straszna biegunka. Jego organizm nie zdążył przyswoić wypitej wody ani zjedzonego pokarmu. Odyn opadł zupełnie z sił. Stało się jasne, że resztę drogi odbędzie w saniach.
Przygotowałem mu miejsce u siebie, spakowaliśmy wszystko i ruszyliśmy do bazy, od której dzieliło nas jeszcze pięćdziesiąt kilometrów. Byliśmy zdecydowani dotrzeć do niej jeszcze tego dnia, choćby było to późną nocą.
Po mniej więcej pięciu kilometrach znowu znaleźliśmy się na otwartej, ogromnej przestrzeni, a wiatr o którym niemal zapomnieliśmy w Partakko, dawał o sobie znać jeszcze bardziej niż wcześniej.
Znowu zaczęła się walka ze spychanymi w bok saniami. Znowu musieliśmy przebijać się przez nawiany śnieg. Kiedy zrobiło się ciemno sytuacja zaczęła pogarszać się dosłownie z minuty na minutę.
W powietrzu wirował śnieżny pył, szlak można było rozpoznać jedynie po tyczkach, które na szczęście miały naklejone kawałki odblaskowej taśmy, dzięki której były widoczne w ciemnościach.
Na dodatek psy miały ogromne problemy ze znalezieniem właściwej drogi i posuwaliśmy się naprzód zygzakiem bez sensu nadrabiając drogi. Jednocześnie walczyliśmy z coraz mocniej spychanymi saniami. Ten odcinek to była prawdziwa droga przez mękę!
Zaczynało dopadać nas totalne zmęczenie. W planach mieliśmy już być o tej porze w bazie, jednak przez problemy z łapami i warunkami na trasie, okazało się to nierealne.
Znowu spadło tempo. Z czasem nawet do zera, gdyż wiało tak potężnie, że nie sposób było poruszać się naprzód.
Nie mieliśmy innego wyjścia jak biwakować. Wiatr, jak dowiedzieliśmy się później, wiał tej nocy z prędkością około 110km/h. I był najgorszym na tej wyprawie i na pewno najdramatyczniejszym w całym naszym życiu.
Wszystkie wydarzenia trzeciego dnia spowodowały, że nie mieliśmy innego wyjścia jak biwakować. Marzenia o spaniu w łóżku trzeba było odłożyć na później. Zbliżała się godzina 23, a wiatr wcale nie miał zamiaru się uspokoić. Wręcz przeciwnie. Zakotwiczyliśmy sanie i rozłożyliśmy psom słomę, która robiła wszystko by odlecieć z wiatrem. Daria przykrywała zwierzaki kocami, a ja próbowałem roztopić dla nich trochę śniegu, żeby się napiły. Chowając się za saniami i zasłaniając palnik własnym ciałem zdołałem uzyskać trochę wody. Znowu używaliśmy strzykawki i glukozy. Zaprzęgi ustawiliśmy blisko siebie, aby choć trochę wzajemnie osłaniały się od wiatru. Każde z sań przymocowaliśmy dużymi kotwicami, małymi zaś napięliśmy liny. Ponadto związaliśmy sanie ze sobą, aby stanowiły większą masę, bo wiatr co i rusz szarpał nimi na boki. Tymczasem robiło się co raz zimniej. Wichura przepędziła niż towarzyszący nam od południa. Około północy termometr wskazywał już -12 i to nie miał być koniec spadku temperatury. Musieliśmy szybko zrobić coś ze sobą. Wypić coś i zjeść. Do tego potrzebny był namiot. Wyjąłem go z worka. Wiatr wypełnił jego materiał natychmiast powietrzem i niemal wyrwał nam go z rąk! Szybko rzuciliśmy namiot na śnieg i usiedliśmy na nim. To był jedyny sposób, żeby go zatrzymać w miejscu. Ponadto przypięliśmy go do sań linką. Wyciągnąłem aluminiowe pałąki stanowiące stelaż naszego schronienia. Daria przytrzymywała płachtę, a ja wsuwałem pręty tam gdzie ich miejsce. Po kilku minutach zmagań z szarpiącą się materią pałąki znalazły się na swoim miejscu. Teraz pozostało już tylko napiąć to wszystko i ustawić namiot. Łatwo powiedzieć! Wiatr się wściekł. Szarpał jak opętany materiałem próbując wyrwać nam go z rąk. Kiedy tylko napięliśmy pałąki namiot zamienił się w wypełniony powietrzem balon. Trzymaliśmy chwilę z całych sił mając nadzieję ustawić go na śniegu. Nie mieliśmy żadnych szans w tej walce. Tylko dzięki linkom mocującym nasze schronienie nie odleciało w mrok nocy! Musieliśmy jak najszybciej wysunąć pałąki i zmniejszyć „powierzchnię nośną” płachty. To zadanie też nie było proste, ale ostatecznie szczęśliwie zakończone. Namiot spoczął na śniegu jak szmata, a my musieliśmy wsunąć się do niego, jeśli mieliśmy przetrwać tę noc. Weszliśmy do środka w butach, bowiem ich zdjęcie wydawało nam się zbyt dużym ryzykiem w takiej sytuacji. Jakoś zmieściliśmy się w śpiworach. Tak leżąc w nierozstawionym namiocie, ułożonym w osłonie z sań, próbowaliśmy złapać trochę snu. Nie było to proste, bo ciągle myśleliśmy o psach. Jak one radzą sobie w tej sytuacji. Dwie suczki spały z nami przytulone do mojego śpiwora, ale reszta była na zewnątrz. Dlatego od czasu do czasu wysuwałem głowę na zewnątrz i gadałem coś do psów, a widząc że reagują, uspokajałem się i sam zasypiałem. Wichura nie słabła. Wciąż szarpało namiotem, bez przerwy przewalał się przez nas nawiewany śnieg. Na szczęście jednak nie miał gdzie się zatrzymać i przelatywał po prostu dalej. Tak dotrwaliśmy do świtu, który przywitał nas przerażającym obrazkiem. Otóż kiedy wyszliśmy z namiotu dostrzegliśmy w miejscach, gdzie spały psy kuliste bryły lodu. Śnieg nawiewany na psy w zetknięciu z ich ciepłymi ciałami topił się, aby za chwile zamarznąć na rosnącym mrozie. W efekcie psiaki pokryte zostały lodową skorupą i nie ruszały się. W pierwszym momencie wyglądały jakby zamarzły! Podchodziliśmy do każdego z osobna i nakłanialiśmy je do wstania. Bez efektu. Przestraszyliśmy się nie na żarty. Lodowe bryły leżały bez ruchu ciasno zwinięte w kłębek. Nagle Moli, najstarszy pies w zespole, jakby nigdy nic, po prostu wstał, otrzepał się z lodu i śniegu, a następnie…zwyczajnie się w tym śniegu wytarzał! Moli nas dosłownie powalił. Momentalnie prysnęło nagromadzone w nas napięcie. Wiedzieliśmy już, że będzie dobrze, że psiaki dały sobie radę z tą trudną sytuacją o wiele lepiej niż przypuszczaliśmy. W tym momencie dotarło do nas, że skończymy tę wyprawę, że dojedziemy do końca i nic już nie zdoła nas pokonać!
Po koszmarnym biwaku pragnęliśmy jak najszybciej ruszyć dalej. Musieliśmy rozgrzać się ruchem, dlatego znowu postanowiliśmy poczekać ze śniadaniem aż wstanie na dobre słońce i rozgrzeje choć trochę powietrze.
Kończyły się już buty, więc dostały je tylko najbardziej potrzebujące ich psy. Reszta, mieliśmy nadzieję, dojdzie do końca bez nich. Zostało nam tylko 40 km do bazy, więc już nic nie powinno zakłócić naszego planu.
Droga wiodła teraz wśród ogromu małych wysepek rozsianych wokół, niekiedy wijąc się w ciasnych przesmykach pomiędzy nimi by po chwili znów wyprowadzić nas na otwartą przestrzeń. Nie tak ogromną już jednak jak drugiego dnia wyprawy.
Po dwudziestu kilometrach zatrzymaliśmy się na postój. Na resztkach paliwa roztopiliśmy śnieg i daliśmy psom wodę. Sami wreszcie napiliśmy się herbaty, bo zrobiło się ciepło i zaczął działać palnik gazowy. Po raz drugi na tej wyprawie.
Po mrozach poprzednich dni i nocy teraz mieliśmy wrażenie upału. Rozłożyliśmy się leniwie wprost na śniegu, a słonce rozgrzewało nasze ciała. Poczuliśmy totalny spokój. Pozostałe do końca trasy 20 kilometrów było już tylko formalnością.

Fot.19 odpoczynek na trasie
Po tym jakże zasłużonym odpoczynku ruszyliśmy do ostatniego etapu wyprawy. Dwadzieścia końcowych kilometrów było jak pożegnanie z jeziorem.
Jechaliśmy spokojnym równym tempem. Skończyły się problemy z łapami, cudownie świeciło słońce, było naprawdę ciepło. Sielanka.
Jadąc tak wciąż wypatrywaliśmy wyspy Ukko. Była jakby ostatnim celem do zaliczenia. W jej okolicy wracaliśmy na szlak, który przebyliśmy wcześniej.
Długo to trwało, wiele wysp w oddali wyglądało podobnie. Kilka razy myśleliśmy, że to ona, ale okazywało się że jeszcze nie.
Wreszcie jej charakterystyczna sylwetka pojawiła się na horyzoncie! To była bardzo szczęśliwa chwila. Dotarcie do Ukko oznaczało zrealizowanie naszego największego marzenia. Objechaliśmy jezioro Inari dookoła. Dokonaliśmy tego jako pierwsi Polacy!
To był wielki dzień dla naszego teamu.

Fot.20 zamknięcie pętli
Od świętej wyspy do bazy pozostało niecałe piętnaście kilometrów, które pokonaliśmy w kompletnym spokoju, rozkoszując się cudownym smakiem sukcesu.
Po równych trzech dobach znaleźliśmy się znowu w bazie pełnej jedzenia i wody.
Najpierw potężną porcję mięsa i karmy dostały psy, a kiedy najedzone wreszcie do syta zasnęły w przyczepie to wreszcie i my mogliśmy spokojnie udać się na odpoczynek i posiłek.
Po dwóch dniach odpoczynku ruszyliśmy do domu.
Koszt takiego wyjazdu to :
paliwo ok 2500 zł
prom 540 euro
nocleg ok 500 euro
Więcej:
